"Wenn Du reisen willst, mußt Du die Geschichte dieses Landes kennen und lieben".

sobota, 5 marca 2016

O Tygrysie Pietrku, który drżał jak osika

Opowieść o Tygrysku Pietrku, który bał się wszystkiego jest świetną propozycją także dla najmłodszych widzów. Sprawdziłam to na własnej skórze, bo spektakl obejrzałam w towarzystwie dwu i półletniego syna (i sama nie wiem, komu podobał się bardziej).  Z mojej, dorosłej perspektywy jest tu wszystko, co zauroczyć może małego widza, wciągając go w magiczny świat teatru: prosta, ale plastyczna scenografia (zmienia się, jak w kalejdoskopie), żywiołowa muzyka w stylu iberoamerykańskim, wyrazista gra aktorska (mnie ujęła zwłaszcza Maja Kubacka). Dorośli, którzy kochają piękną polszczyznę, docenią tekst Hanny Januszewskiej (a dzieci będą dopytywać się, co znaczy „mdły blondas”), znanej starszym czytelnikom z opowieści o małej Pyzie-podróżniczce.

Pietrek, który z byle powodu drży jak liść osiki, przez współplemieńców zostaje pozbawiony tygrysich pasków i wysłany „w świat”, a wędrując przez niego próbuje pokonać swoje liczne strachy. Najpierw w konfrontacji z ostrozębnym krokodylem, potem jako wartownik na nocnej warcie. Naśmiewają się z niego małpy, on sam nie wierzy, że pozbędzie się strachu, z byle powodu chwyta się maminej spódnicy.  Szuka odwagi w miasteczku, próbuje kupić ją na targu, od sprzedawców owoców. Wszystko na nic, dopóki Pietrek nie zyskuje autentycznej motywacji. Kiedy dowiaduje się, że jego mama jest chora, nagle niestraszne okazują się pioruny i błyskawice – biegnie na ratunek do miasteczka, żeby sprowadzić do niej doktora.
„Łatwo być odważnym, jak się myśli o innych, nie o sobie” brzmi morał tej opowieści – morał, który często sprawdza się w życiu.

Mojemu synowi spektakl bardzo się podobał – podobała się energetyczna  muzyka, nawoływania przekupek z targu, wielki marionetkowy krokodyl, kłapiący paszczą i hałaśliwe, przekrzykujące się małpy. Nie w smak był mu tylko brawurowy taniec Indianina, ale w końcu ma dwa i pół roku i nigdy wcześniej nie widział Indianina, nawet na obrazku.

Jedyny mankament, który znalazłam (ale dzieciom pewnie nie robiło to żadnej różnicy) to zbyt głośny podkład muzyczny w stosunku do głosów aktorów – czasem nie było słychać słów piosenki.


niedziela, 29 listopada 2015

Wroclove z perspektywy 95 cm. Dzień Pierwszy

Ile razy jestem we Wrocławiu, tyle razy chodzę utartymi wcześniej ścieżkami. 

Niegdysiejsze wrocławskie must see to gotyckie kościoły, synagoga, Muzeum Narodowe z kolekcją sztuki średniowiecznej, Panorama Racławicka i Odra z każdej możliwej perspektywy.

Tym razem kompromisowo wybraliśmy program uniwersalny (czyli taki, który całej naszej trójce bez wyjątku mógłby sprawdzić radość), choć z oczywistych względów dostosowany do możliwości dwulatka+

Bez planowania, za pięć dwunasta, podążając tramwajem z tymczasowego lokum w dzielnicy Krzyki ustaliliśmy listę priorytetowych zadań:
*wytropić krasnale (kolega podpowiedział, że w przypadku jego syna bardzo się ten patent sprawdził);
*odwiedzić Kolejkowo, którego istnienie wytropiliśmy w internecie (klik);
*rzucić okiem na jatki z figurkami zwierząt rzeźnych (wiadomo zwierzątka są bardziej atrakcyjne od udnych kościołów);
*zobaczyć słynny ogród zoologiczny ze wspaniałym Afrykarium, a przy okazji Halę Stulecia (dla każdego coś dobrego);

Dzień Pierwszy.




















Zaczął się od wizyty na placu zabaw w Parku Klecińskim, gdzie mimo wiatru i chłodu spędziliśmy dwie godziny. Plac zabaw okazał się świetnie zaprojektowany, zbudowany z naturalnych materiałów (drewno, piasek, "zielony" tunel, obrośnięty pnączami), a co najważniejsze zjeżdżalnie i konstrukcje do wspinania pomyślane zostały jako sprawnościowe wyzwanie dla dzieci w różnym wieku.

Następnie 15nastką udaliśmy się do centrum, po drodze mijając starą zajezdnię i Sky Tower, na którą można się wzdrapać, żeby popodziwiać panoramę Wrocławia.



















Pierwsza konfrontacja z wrocławskimi krasnalami odbyła się na Świdnickiej. Wypadła pomyślnie:) Potem udaliśmy się na spacer - zachwycił nas przede wszystkim modernizm niemiecki, jakże odmienny od znanego nam krakowskiego. 

Dłuższą chwilę spędziliśmy przed "Renomą", autorstwa berlińskiego architekta Hermanna Dernburga (klik), podziwiając złocistą fasadę i wyobrażając sobie jej skończony kształt, który nigdy nie powstał.

Wzdłuż miejskiej fosy, spacerowym deptakiem powędrowaliśmy do Międzynarodowego Forum Muzyki. Według przeczytanego post factum Filipa S. budynek większe wrażenie robi od środka. Zostaliśmy na zewnątrz, słuchając wyobrażonej symfonii w wykonaniu krasnalowej orkiestry.


















Stąd tylko dwa kroki (ale jakże długa to była droga) dzieliły nas od Dworca Świebodzkiego. Po drodze minęliśmy imponujący, choć zaniedbany budynek Nowej Giełdy i stadko kaczek w fosie. Tablicy informacyjnej nawet nie próbowaliśmy przeczytać, wróżąc rychłą kąpiel w fosie ciekawskiego dwulatka. Po drugiej stronie widnieje monumentalny budynek, który z daleka zdawał nam się  budynkiem Dworca (może przez neogotyckość) - w rzeczywistości to budynek Sądu.

Kolejkowo jest gratką dla wszystkich, którzy kochają świat w miniaturze. Nas też urzekły detale i scenki rodzajowe: żony niewiernych mężów w akcji, bezdomne niebieskie ptaki pod chmurką, realistycznie i w szczegółach odtworzony stary wiadukt wzdłuż ul. Bogusławskiego, kondukt pogrzebowy pod kościołem na górce, murale na opuszczonym przemysłowym budynku. Do tego te wzystkie typowe dla miasta dźwięki i kolory, któe nadają mu właściwy koloryt: szczekające psy, uliczny harmider, dzwoniące tramwaje, zapalające się o zmroku światła.

A nasyp kolejowy na Bogusławskiego (niedaleko Capitolu) kropka w kropkę i pewnie niezupełnie przypadkowo przywiódł mi na myśl podobny, widziany kiedyś w Berlinie.


















Pracowity dzień zakończyliśmy przy Pomniku Zwierząt Rzeźnych. Wrocław ma zdecydowanie ładne i bezpretensjonalne pomniki (koło Capitolu minęliśmy inny z grupą przechodniów w roli głównej). Właśnie takich, bezpterensjonalnych instalacji  brakuje mi w Krakowie.  Nie mówiąc o tym, że krasnoludki są świetną formą  zabawy, bardzo udanie pomyślaną atrakcją, którą wykorzystywać można na tysiąc sposobów, wplatając ją w interaktywne formy promocji miasta. 





niedziela, 12 kwietnia 2015

Wyprawa w Świętokrzyskie. Stacja pierwsza: Działoszyce (2010)

Tym razem wyjątkowo wybraliśmy się na północ – na przylegające do Małopolski rubieże ziemi świętokrzyskiej. Tym bardziej, ze pogoda była jak ze snu, a światło godne Italii.

Niedawno otrzymałam cudowny i długo wyczekiwany podarunek - publikację wieńczącą autorski projekt Wojciecha Wilczyka „Niewinne oko nie istnieje”. Premiera albumu odbyła się dawno temu (przeoczyłam ją oczywiście), potem mignął mi gdzieś w księgarni, potem z tej samej księgarni zniknął, a podpytywany w „House of Albums” sprzedawca nie mógł sobie przypomnieć, co to była za książka, kto ją wydał, a tym bardziej kto ją napisał.

Koniec końców książka trafiła w moje ręce. Publikacja jest fotograficznym, dokumentacyjnym zapisem wybranych bóżnic i beit-midraszy zachowanych na polskiej ziemi. Dla ułatwienia bóżnice ułożone zostały alfabetycznie, a każde ze zdjęć autor opatrzył krótkim komentarzem o historii miejsca, ale też aktualnym przeznaczeniu.

Od jakiegoś czasu, ilekroć jedziemy w Polskę, zabieram więc ze sobą „Niewinne oko”, które służy mi za przewodnik.

Zaczynamy od Działoszyc. Od razu widać, że stan faktyczny synagogi różni się od tego na zdjęciu (zdjęcie pochodzi z 2006 r.). Budynek - jak był, tak jest ruiną, tyle że zachodniego frontonu w ogóle już nie ma, podobnie jak znajdującego się od południa budynku bejt ha-midraszu. Z tablicy informacyjnej wynika, że od października do wiosny 2011 prowadzona jest przebudowa i remont ruin synagogi, a inwestorem jest miasto i gmina Działoszyce. Zważywszy na opłakany stan budynku, trudno sobie wyobrazić na czym polegać ma remont ruin.

Na placyku przed synagogą stoi smętny kamień upamiętniający nadanie praw miejskich przez Władysława Jagiełłę w 1409 r. O późniejszej historii miasta, o społeczności żydowskiej nie ma ani słowa. 

Po powrocie czytam u Krzysztofa Urbańskiego* o żydowskich Działoszycach.

Żydzi przybyli tu już w XVI w., a po 1707 r., a kiedy właściciel miasta Jan Stradomski wydał przywilej, zaczęli się tu  sprowadzać na szerszą skalę. Obecna synagoga (a raczej jej szczątki) powstała w 1852 r. w miejsce dawnej świątyni drewnianej, która spłonęła jeszcze w latach pięćdziesiątych XVIII w. Dobudówka mieściła cheder, bibliotekę, mykwę i dom rabinacki. W tym czasie Działoszyce prężnie się rozwijały, mimo trudnego okresu, jaki nastąpił stłumieniu powstania styczniowego. Jak podaje Urbański za Agnieszką Sabor w 1899 r. na 5170 mieszkańców 4673 było Żydami (sic!). Większość trudniła się handlem albo przemysłem, a w miasteczku działało 6 garbarni, 3 cegielnie, 2 olejarnie, 2 fabryki świec, kaflarnia oraz kopalnia gipsu. Kwitło także lichwiarstwo oraz handel towarami szmuglowanymi z Galicji, między innymi krakowskimi koralami. Ponoć ówczesne powiedzenie głosiło, iż jeśli nie mogłeś pożyczyć pieniędzy w Warszawie to należało jechać do Działoszyc.

W 1916 r. uruchomiono kolej wąskotorową, kursującą między Działoszycami a Miechowem, która przyczyniła się do ożywienia handlu w tym regonie. W 1921 r. spis ludności wykazywał 1127 chrześcijan oraz 5632 Żydów. Miasteczko słynęło z kapeluszników i modniarek.

W okresie międzywojennym społeczność żydowska miała swoich przedstawicieli w radzie miejskiej. W latach 1924-1927 viceburmistrzem był Icek Rubin- chasyd, zwolennik cadyka w Góry Kalwarii. Przewagę w mieście mieli syjoniści. Działały liczne stowarzyszenia społeczne (Stowarzyszenie Pomocy Ubogim Chorym Żydom Bikur Cholim, Stowarzyszenie Dobroczynności Gemiłus Chesed, Stowarzyszenie Ostatniej Posługi Chsel Szel Emes), kulturalne (Towarzystwo Biblioteki Żydowskiej Hatechyo, Stowarzyszenie Kulturalno- oświatowe Jabne) oraz religijne (stowarzyszenie zwolenników Rabina Twerskiego z Lublina). W okresie międzywojennym funkcję rabina pełnił Elizer Epstein, a gmina działoszycka utrzymywała synagogę (z kantorem), rzeźnię (oraz dwóch rzezaków), łaźnię parową, domy modlitwy, dom przedpogrzebowy oraz szkołę (z nauczycielem).

Żydzi właścicielami młynów, garbarni, fabryki cukierków (Moszek Kajzer), betoniarni, wytwórni wody sodowej (Enoch Horowicz&Aaron Rubin) i innych mniejszych zakładów rzemieślniczych, uprawiali także wolne zawody- lekarza, felczera, aptekarza. Biedniejsi parali się drobnym handlem obwoźnym oraz obrotem pierzem. W Działoszycach skupywano na szeroką skalę pierze, a następnie transportowano je na zachód.

Historia społeczności żydowskiej w Działoszycach zakończyła się 3 IX 1942 r. Gestapowcy z Miechowa spędzili wszystkich żydowskich mieszkańców na rynek, a następnie na terenie miejscowego kirkutu zastrzelili  około 1500 osób - starych i niezdolnych do pracy. Pozostali ze stacji kolejowej wyruszyli transportem do obozu w Płaszowie.

Na nieoficjalnej stronie o Działoszycach autorstwa Dawida Naprawcy znajduje się zakładka, poświęcona działoszyckim Żydom (jak to często bywa, takie informacje trudno znaleźć stronie oficjalnej), na której można przeczytać: Po wojnie zła polityka władz miejskich spowodowała stopniowe niszczenie synagogi i byłej żydowskiej łaźni. Dopiero w 1989 r. staraniem Urzędu Miasta i Gminy w Działoszycach dokonano ogrodzenia obiektu synagogi, a w 1993 r. częściowego zabezpieczenia jej ścian.
Staraniem działoszyckich władz i Żydów mieszkających za granicą, na miejscu kaźni wzniesiono pomnik. Autorami i wykonawcami tego dzieła byli: Stanisław Bugaj, Ryszard Nowalski i Paweł Kamiński. Na pomniku wyryto napis: "Pomordowanym mieszkańcom Działoszyc wyznania mojżeszowego 1942 r. w 50. rocznicę wybuchu II wojny światowej tutejsze społeczeństwo. Działoszyce 1 IX 1989 r. Po niedługim czasie na zlecenie Żydów mieszkających w Izraelu w tymże miejscu wykonano mauzoleum wg. projektu Krzysztofa Paska. Wielu Żydów przywiozło tutaj ziemię z Jerozolimy, z Beer Shevy, Tzeelin, Rishon Lezyon.


Dziś po Żydach działoszyckich, oprócz pomnika, zostały tylko ruiny synagogi.
Nie znalazłam nigdzie tablicy upamiętniającej urodzonego tutaj w 1889 r. Icchaka Mana – kantora w Hajfie, znanego jako żydowski Caruso.Zostały zabytki chrześcijańskie - pochodzący z XIII w. kościół św. Trójcy, malowniczo usytuowany na wzgórzu. Nie udało nam się wejść do środka, choć warto.  Mieszczą się w nim unikatowe, XV-wieczne freski z przedstawieniem Credo Apostolorum

Z Działoszyc jedziemy dalej: do Skalbmierza, Kazimierzy Wielkiej i Wiślicy, zatrzymując się w miejscowości Cieszkowy (chcemy obejrzeć lamus, który był niegdyś ariańskim zborem). 

*K. Urbański Gminy żydowskie małe w województwie kieleckim w okresie międzywojennym, Kielce 2006, s. 76-84. Wszystkie dane faktograficzne o historii działoszyckiej gminy pochodzą z tej publikacji.

niedziela, 7 grudnia 2014

O kościołach i Kalwarii Pacławskiej

Pojechaliśmy na Śląsk.
W zamyśle miał być Przemyśl. Miasto na wzgórzach. Miasto kościołów, kilku wyznań i narodowości. Miasto – twierdza, galicyjski mikroświat, brama Pogórza Dynowskiego. meandry Sanu, które kiedyś podziwialiśmy pod Dynowem na rowerowej wyprawie.
tunel Przeworskiej Kolei Dojazdowej w Szklarach

Pojechaliśmy na Śląsk, bo do Przemyśla koleją jedzie się długo za długo. Z niechodzącym, ale chętnym do raczkowania dzieckiem długa podróż, choćby pociągiem jest średnio dogodna. Zgaduję, że przed wojną było szybciej, skoro Przemyśl leży na głównym szlaku kolejowym. Ponoć przed wojną podróż Luxtorpedą do Zakopanego trwała niecałe trzy godziny – o wiele krócej niż teraz - ot paradoks.
Przemyśl kojarzy nam się pozytywnie, choć byliśmy tam dawno temu tylko chwilę. Ugoszczono nas tam od serca w pewnym rodzinnym barze pracowniczym w podziemiach urzędu pracy. Domowe jedzenie, sympatyczny small talk i wspaniałe domowe ciasto, które dostaliśmy na drogę.
Wtedy też „wspięliśmy się” na malowniczo położoną Kalwarię Pacławską – fakt, że samochodem, ale z pokiereszowaną nogą i kulami byłoby to nie lada wyzwanie.
Tak, sanktuaria są nieodzownym elementem mojego podróżowania.  Wszędzie, gdzie docieram, poszukuję takich miejsc, oczywiście bez żadnej motywacji religijnej, bardziej chodzi o niewinne poobserwowanie fascynującej ludowej obrzędowości; kawałka egzotyki, zamkniętego w puzderku; skrawka przeszłości, często trochę dziwacznego i niezrozumiałego, pewnie dla mnie tym bardziej, osoby chowanej poza religią. W głowie kołaczą wspomnienia z dzieciństwa: zapach kadzidła i różanych płatków, rzucanych pod stopy podczas procesji, bicie dzwonów, tajemnicze obrzędy, zaciekawienie pomieszane ze strachem. Kiedy byłam dzieckiem, babcia zabierałam mnie czasem na Skałkę na procesję podczas oktawy Bożego Ciała. Dla dziecka było to wspaniałe, teatralne widowisko.
Dlaczego lubię kościoły? Dlaczego zawsze i wszędzie je odwiedzam? Tkanka kościoła jest jak pień drzewa, którego kolejne przyrosłe warstwy-słoje mówią o swojej tożsamości i wieku. Kościół to żywa historia – widać tu upływ i wpływ czasu, choć w Polsce najczęściej barok przyćmiewa wszystko, co naprawdę wiekowe. Kościoły to w końcu w większości reprezentacyjna wizytówka kontrreformacji.  Jeśli jednak człowiek ma szczęście, może wygrzebać jakąś perełkę. Gotycki portal w kształcie oślego grzbietu (w Iwkowej), lipową Madonnę z dzieciątkiem (kiedyś w Krużlowej, od dawna w Krakowie), zabytkowe stalle, do dziś używane (w Bieczu), a nawet dzieło Wita Stwosza (kiedyś w Ptaszkowej, dziś w Nowym Sączu). W tym sensie kościoły to ostoja materialnego dziedzictwa. Czas tu inaczej płynie. Kiedy na zewnątrz niewiele się ostało, bo nie raz płonęła drewniana zabudowa, przetaczały się wojny i pożary, rabowali rabusie i żołdacy, w kościołach znajdowały schronienie największe skarby. Kościoły to lustra, w których odbija się historia – lokalna i globalna. Lustra, w których przyglądają się sobie samym społeczności. Z tej przyczyny często bywają o wiele bardziej trójwymiarowe niż otoczenie.
Kalwaria, jak to kalwaria, może trochę bardziej malowniczo położona niż słynna małopolska, zwana Zebrzydowską od nazwiska fundatora. Może bardziej prowincjonalna albo raczej kameralna. Z mniejszą rzeszą pielgrzymo-turystów. W głowę zapadły mi XVII-XVIII wieczne malowidła w kruchcie kościoła, przedstawiające cuda, które zdarzyły się za sprawą Madonny Pacławskiej. Jeśli mnie pamięć nie myli jest tam nawet żyd, cudownie uratowany przed utonięciem w odmętach Sanu.

A więc pojechaliśmy na Śląsk. I do Zagłębia, szukać rodzinnych śladów. Śląsk okazał się równie gościnny, jak Przemyśl. Zagłębie podobnie. Ale o tym innym razem.

piątek, 17 października 2014

Nieobecność

Nie było mnie tu długo, bardzo długo.

podróżuję w głąb siebie
w czytane zbyt wolno książki
w zmęczenie
w nieliczne momenty, kiedy napawam się byciem sam na sam
w rzadko nieśpiesznie wypijaną kawę
w ciągły niedoczas i niedospanie

w uśmiech nowego towarzysza podróży
w tęsknotę za nim, kiedy na chwilę odchodzę daleko:)

a podróży po świecie niewiele, 
wszystko ciągle przed nami!






niedziela, 13 października 2013

Rzepin

Senne miasteczko w sercu Puszczy Rzepińskiej. Przed wojną Reppen, potem Rypin Lubuski. W średniowieczu biegł tędy szlak pielgrzymkowy do Santiago. Tablica przy kościele informuje, że jest „prężnie rozwijającym się miastem”, nie sprawia jednak takiego wrażenia.
Koło szkoły plac zabaw i modelowy „Orlik” z nowoczesną bieżnią i kortem tenisowym. Kiedy jesienią czterdziestego piątego wyniosła się stąd Armia Czerwona, z boiska ekshumowano ciała poległych żołnierzy radzieckich. Teraz spoczywają naprzeciwko szkoły na cmentarzu, jakich wiele na tych terenach.
Niezabudowana parcela  obok z tablicą „na sprzedaż” wionie rezygnacją. Kiedyś, przed wojną  coś tu z pewnością stało. Ulica o egzotycznej nazwie „Bohaterów Radzieckich”, krzyżuje się z "Walki Młodych". Nikt nie pokusił się o zmianę nazwy, choćby przez żywą ciągle pamięć  o niechlubnych czynach Armii Czerwonej.
Przechodzę obok przedszkola (po wojnie gdzieś tu stał lokomobil wytwarzający prąd) w kierunku malowniczej rzeczki Ilanki. Z mostka widać obudowane drewnianymi szopami tyły murowanych kamienic, przydomowe ogródki i ogólny wschodnioeuropejski rozgardiasz. Gdyby nie wieża ewangelickiego dawniej kościoła zamiast cerkiewnej bani, można by pomyśleć  że jest się w Witebsku albo na Ukrainie. Od frontu miasto (tak wygląda na przedwojennych pocztówkach – eleganckie, paradne), od tyłu biegają kury i kaczki. Od tyłu szutrowe drogi, te same od lat, od frontu asfalt poprzetykany kocimi łbami. Przed szkołą stare lipy, kasztany, platany układają się w piękną aleję.
Miasto „zdobyte” przez Armię Czerwoną w lutym czterdziestego piątego, rządzone było na przez pół roku przez radzieckiego komendanta. Mieszkańcy wspominają, że nocami żołnierze palili poniemieckie mienie, rabowali bydło, zdarzały się gwałty i morderstwa. To, co niemieckie trzeba było spalić, zniszczyć, zrównać z ziemią. Zniszczono w sześćdziesięciu, nawet osiemdziesięciu procentach (różnie podają różne źródła). Reszty dokonali szabrownicy, ściągający na ziemie odzyskane jak ćmy do ognia.
Osiedleńcy przyjeżdżali głównie zza Buga i zza Sanu, potem z Wielkopolski.

Próbuję sobie wyobrazić, jak tu było kiedyś. Próbuję zgadnąć, które budynki pochodzą z sprzed wojny. Wiele przedwojennych willi stoi przy alei prowadzącej do dworca. Na drugim planie bloki -pudełka, pomiędzy nimi przydomowe ogródki, jakieś budy i przybudówki. Przed wojną była tu cegielnia kilka tartaków, fabryczka naczyń emaliowanych  i guzików. Teraz: izba celna, fabryka mebli, mleczarnia. Wokół lasy - serce Puszczy Rzepińskiej. 

Na cmentarzu znajduję jedyny ocalały nagrobek niemiecki.  
Ulica Kościuszki z wieżą kościoła

Aleja platanowa przed szkołą

Ulica Kościuszki


Droga na Drzeńsko

Drzeńsko

Tablica na kościele upamiętniająca przedwojennych mieszkańców

Nagrobek niemiecki na cmentarzu


P.S. Polecam książki Wiesława Kołoszy o Rzepinie

piątek, 2 listopada 2012

Żydowska Warszawa, lato 1939 r.


I znów dzięki inspiracji Cafe Bodo II, odkryłam wspaniały, kolorowy  film o żydowskiej Warszawie, nakręcony tuż przed wybuchem wojny przez Benjamina Gasula. Nakręcony na taśmie 16 mm, został przekazany przez spadkobierców Gusula do archiwum Stevena Spielberga (United States Holocaust Memorial Museum). Film jest w doskonałym stanie, w 2010 r. został poddany renowacji. 



Dr Benjamin M. Gasul (1898-1962), urodzony w Rosji (a konkretnie na Łotwie), wyjechał z niej do USA w wieku  szesnastu lat. Osiedlił się w Kenosha. Ukończył studia medyczne w Chicago, następnie kontynuował naukę w Wiedniu, gdzie poznał swoją późniejszą żonę, śpiewaczkę operową  Lalę Rosenzweig. Do 1945 r. pracował jako pediatra, następnie specjalizował się w kardiologii dziecięcej. Pracował w Cook County Hospital w Chicago.
W 1939r. został zaproszony przez lekarzy rosyjskich, aby wygłosić odczyt naukowy, wtedy też w towarzystwie żony odbył podróż po Europie, podczas której nakręcił m. in. film o żydowskiej Warszawie.
W archiwum znajdują się także inne filmy Gasula, przedstawiające np. paradę na cześć Marszałka Piłsudskiego, pl. Piłsudskiego w Warszawie, czy widoki Paryża.