"Wenn Du reisen willst, mußt Du die Geschichte dieses Landes kennen und lieben".

niedziela, 13 października 2013

Rzepin

Senne miasteczko w sercu Puszczy Rzepińskiej. Przed wojną Reppen, potem Rypin Lubuski. W średniowieczu biegł tędy szlak pielgrzymkowy do Santiago. Tablica przy kościele informuje, że jest „prężnie rozwijającym się miastem”, nie sprawia jednak takiego wrażenia.
Koło szkoły plac zabaw i modelowy „Orlik” z nowoczesną bieżnią i kortem tenisowym. Kiedy jesienią czterdziestego piątego wyniosła się stąd Armia Czerwona, z boiska ekshumowano ciała poległych żołnierzy radzieckich. Teraz spoczywają naprzeciwko szkoły na cmentarzu, jakich wiele na tych terenach.
Niezabudowana parcela  obok z tablicą „na sprzedaż” wionie rezygnacją. Kiedyś, przed wojną  coś tu z pewnością stało. Ulica o egzotycznej nazwie „Bohaterów Radzieckich”, krzyżuje się z "Walki Młodych". Nikt nie pokusił się o zmianę nazwy, choćby przez żywą ciągle pamięć  o niechlubnych czynach Armii Czerwonej.
Przechodzę obok przedszkola (po wojnie gdzieś tu stał lokomobil wytwarzający prąd) w kierunku malowniczej rzeczki Ilanki. Z mostka widać obudowane drewnianymi szopami tyły murowanych kamienic, przydomowe ogródki i ogólny wschodnioeuropejski rozgardiasz. Gdyby nie wieża ewangelickiego dawniej kościoła zamiast cerkiewnej bani, można by pomyśleć  że jest się w Witebsku albo na Ukrainie. Od frontu miasto (tak wygląda na przedwojennych pocztówkach – eleganckie, paradne), od tyłu biegają kury i kaczki. Od tyłu szutrowe drogi, te same od lat, od frontu asfalt poprzetykany kocimi łbami. Przed szkołą stare lipy, kasztany, platany układają się w piękną aleję.
Miasto „zdobyte” przez Armię Czerwoną w lutym czterdziestego piątego, rządzone było na przez pół roku przez radzieckiego komendanta. Mieszkańcy wspominają, że nocami żołnierze palili poniemieckie mienie, rabowali bydło, zdarzały się gwałty i morderstwa. To, co niemieckie trzeba było spalić, zniszczyć, zrównać z ziemią. Zniszczono w sześćdziesięciu, nawet osiemdziesięciu procentach (różnie podają różne źródła). Reszty dokonali szabrownicy, ściągający na ziemie odzyskane jak ćmy do ognia.
Osiedleńcy przyjeżdżali głównie zza Buga i zza Sanu, potem z Wielkopolski.

Próbuję sobie wyobrazić, jak tu było kiedyś. Próbuję zgadnąć, które budynki pochodzą z sprzed wojny. Wiele przedwojennych willi stoi przy alei prowadzącej do dworca. Na drugim planie bloki -pudełka, pomiędzy nimi przydomowe ogródki, jakieś budy i przybudówki. Przed wojną była tu cegielnia kilka tartaków, fabryczka naczyń emaliowanych  i guzików. Teraz: izba celna, fabryka mebli, mleczarnia. Wokół lasy - serce Puszczy Rzepińskiej. 

Na cmentarzu znajduję jedyny ocalały nagrobek niemiecki.  
Ulica Kościuszki z wieżą kościoła

Aleja platanowa przed szkołą

Ulica Kościuszki


Droga na Drzeńsko

Drzeńsko

Tablica na kościele upamiętniająca przedwojennych mieszkańców

Nagrobek niemiecki na cmentarzu


P.S. Polecam książki Wiesława Kołoszy o Rzepinie

piątek, 2 listopada 2012

Żydowska Warszawa, lato 1939 r.


I znów dzięki inspiracji Cafe Bodo II, odkryłam wspaniały, kolorowy  film o żydowskiej Warszawie, nakręcony tuż przed wybuchem wojny przez Benjamina Gasula. Nakręcony na taśmie 16 mm, został przekazany przez spadkobierców Gusula do archiwum Stevena Spielberga (United States Holocaust Memorial Museum). Film jest w doskonałym stanie, w 2010 r. został poddany renowacji. 



Dr Benjamin M. Gasul (1898-1962), urodzony w Rosji (a konkretnie na Łotwie), wyjechał z niej do USA w wieku  szesnastu lat. Osiedlił się w Kenosha. Ukończył studia medyczne w Chicago, następnie kontynuował naukę w Wiedniu, gdzie poznał swoją późniejszą żonę, śpiewaczkę operową  Lalę Rosenzweig. Do 1945 r. pracował jako pediatra, następnie specjalizował się w kardiologii dziecięcej. Pracował w Cook County Hospital w Chicago.
W 1939r. został zaproszony przez lekarzy rosyjskich, aby wygłosić odczyt naukowy, wtedy też w towarzystwie żony odbył podróż po Europie, podczas której nakręcił m. in. film o żydowskiej Warszawie.
W archiwum znajdują się także inne filmy Gasula, przedstawiające np. paradę na cześć Marszałka Piłsudskiego, pl. Piłsudskiego w Warszawie, czy widoki Paryża.


poniedziałek, 22 października 2012

Dźwięk Ludzi. Dźwięk L'Aquili

Pisałam jakiś czas temu o przygnębiającym obrazie L'Aquili - mieście, które nie podniosło się z gruzów po trzęsieniu ziemi, jakie je nawiedziło ponad 3 lata temu. 

Dziś znalazłam informację o projekcie "Dźwięk ludzi" mediolańskiej Artystki Anny Dusi. Performerka w zamkniętej (tzw. "czerwonej", czyli opuszczonej po 6 kwietnia) strefie miasta, zainstalowała głośniki, z których płyną dźwięki kojarzące się nieodparcie z życiem codziennym - szczęk sztućców, śmiechy bawiących się dzieci, szczekanie psa, rozmowy międzysąsiedzkie, dźwięk zatrzaskiwanego okna, kroki przechodniów. 

"Ożywić dźwięki zapomnianej ulicy, jak gdyby był normalny dzień, dzięki czemu widz,  przywoła w pamięci dźwięki codzienności,  która zniknęła. Przywoła z nadzieją, że któregoś dnia pojawią się znowu. 
Projekt "jest hołdem dla mieszkańców miasta, hołdem dla drogich im miejsc, w oczekiwaniu na odrodzenie. Jest także bodźcem, żeby iść naprzód. Jest sposobem na podpatrywanie nas samych i próbą znalezienia odpowiedzi na pytania: kim jesteśmy, skąd pochodzimy i jak żyć w miejscu, które doświadczyło tak głębokiego zranienia.
Poezja dźwięków, które trzeba pamiętać, bo tylko dzięki pamięci możemy dokonywać zmiany".

Instalacja dźwiękowa była prezentowana w dniach 2-7 września, codziennie od 17.00 do 24.00, na ulicach: via Bominaco, via Accursio oraz via Tempera.

wtorek, 2 października 2012

Świat, którego nie ma

Dzięki inspiracji Cafe Bodo II RP, za sprawą filmu "Judeł gra na skrzypcach" (1936r.) dowiedziałam się o istnieniu silnego ośrodka kina jidysz w przedwojennej Polsce. Wyprodukowano wtedy kilkanaście filmów pełnometrażowych w tym języku. 

Pomijając retorykę, typową dla produkcji tego czasu (płytka, bajkowa fabuła, nadekspresyjna gra aktorów), film wart jest poświęcenia chwili uwagi. Przede wszystkim ze względu na język, którym przed wojną posługiwała się na co dzień rzesza Polaków wyznania mojżeszowego. 

Szkoda trochę, że lektor skutecznie zagłusza jego melodyjność (żałuję po cichu, że nie znam na tyle jidysz, aby rozumieć niuanse). Pozostaje wsłuchać się w zacną muzykę, skomponowaną przez Abrahama Ellsteina, który sięgnął oczywiście do tradycji klezmerskiej. Pozostaje pooglądać filmowe plenery, przedstawiające Kazimierz nad Wisłą, pokontemplować sceny rodzajowe (jak ta, przedstawiająca żydowskie wesele).
Pełna uroku jest postać Ajzyka Kałamutkera, kreowana przez Maksa Bożyka (który, nota bene, przeżył zagładę).
W mojej głowie uparcie powstaje gdybanie: jak wyglądało by dzisiejsze życie nas wszystkich, gdyby żydowska część Polski nie została tak bestialsko amputowana. 
Dobrze, że zostały takie filmy. Że można sobie pomarzyć, pofantazjować, powyobrażać świat, którego już nie ma.

"Judel gra na skrzypcach" (1936), reż. Jan Nowina-Przybylski, Józef Green



piątek, 24 sierpnia 2012

Umarłe miasto


Zaczęło się od błędu systemu nawigacji. Późnym wieczorem szukaliśmy hotelu w L’Aquili. Nazwa ulicy sugeruje zielone otoczenie, GPS pokazuje, że mamy tylko 300 m do celu, a my nagle znaleźliśmy się w środku niczego, pomiędzy walącymi się domami. Właśnie wjechaliśmy w stertę gruzu, z obu stron  chłoszczą nas wyrośnięte zielska. Wokół ciemno, latarnie nie działają, nad głowami światło księżyca, nie wiadomo, czy damy radę wyjechać z uliczki, w której zdaje się, ugrzęźliśmy. Bez sensu pchać się dalej, a potem wycofywać się po ciemku.  I naraz olśnienie – nawet jeśli nie jesteśmy w L’Aquili (bo niemożliwe przecież, że przy tej ulicy jest jakiś zamieszkały dom!), musimy być gdzieś w pobliżu. A kupa gruzu w środku księżycowego krajobrazu to przecież pozostałość po trzęsieniu ziemi. Za nic nie mogę sobie przypomnieć, jak dawno się to zdarzyło.

Wydobywamy się jakoś z ciasnej uliczki,a następnie  szukamy wyjazdu na właściwą L’Acquilę. Po drodze mijamy rzęsiście oświetlone nowe osiedle, błądzimy, ale jak na złość nigdzie nie ma żywego ducha, żeby się upewnić, czy zmierzamy we właściwym kierunku.
Jedziemy. Nawigacja się przeprogramowała, jest szansa na dotarcie do celu, w końcu adres jest właściwy. 
Przyjechaliśmy do Abruzji tropem romańskich katedr. Obejrzeć l’Aquilę - miasto cesarza  Fryderyka II, wzniesione na planie w kształcie orła Hohenstaufów, stąd w końcu pochodzi nazwa.  Dwoje ignorantów, którym nie przyszło nawet do głowy, jak tu wszystko może wyglądać. 
Nazajutrz odkryjemy, że większość zabytków (ba, większość budynków) została poważnie uszkodzona i nie można wejść do środka.
W końcu odnajdujemy hotel. W środku pustawo, w telewizji nasi siatkarze grają właśnie mecz  z Włochami. Jest 29 lipca. Sympatyczna recepcjonistka informuje nas, że za postój się nie płaci - parkomaty nie działają „od trzęsienia ziemi” (jutro przekonamy się, tak tu się dzieli czas, na epokę „przed” i epokę „po”). Czyli po 6 kwietnia 2009r.

Następnego dnia naocznie doświadczamy ogromu zniszczeń. Centrum historyczne  jest praktycznie  w całości zamknięte. Opuszczone domy zostały ostemplowane i zabezpieczone przed zawaleniem, ogromny, ogrodzony rewir w sercu miasta pilnowany  jest przez patrole wojska i policji.  Działają pojedyncze, dopuszczone przez nadzór budowlany sklepy i knajpy. W nielicznych miejscach można zauważyć , że coś się faktycznie remontuje, głównie dotyczy to budynków użyteczności publicznej. Na długiej liście zniszczonych obiektów zabytkowych jest między innymi katedra. XIII wieczna bazylika Santa Maria di Collemaggio, która jest celem naszego przyjazdu  została uprzątnięta i zabezpieczona stemplami i rusztowaniami.
Katedra. Zamknięta na 4 spusty. Po prawej, na namiocie hasło, które przewija się w całym mieście "odbudowujemy l'Aquilę". Tyle, że tej odbudowy nie widać.









Drugie pomieszczenie od prawej na 1. kondygnacji  to łazienka.  Na półce pod lustrem widać stojące tam do dziś kosmetyki.  

Casa dello studente. 6 kwietnia ośmioro studentów straciło życie pod  gruzami akademika


Plac 6 kwietnia znajduje się naprzeciwko akademika

*Trzęsienie ziemi w Abruzji miało miejsce 6 kwietnia o godz. 3.32
Pochłonęło 308 ofiar. Rannych zostało 1500 osób, w tym 202 ciężko.

Wstrząs trwał 25 sek.
60 tys. osób straciło dach nad głową.
Zniszczonych zostało 16 miejscowości w prowincji L’Aquila (ucierpiały także inne regiony:  Lazio, Marche i Umbria).

W niecałe dwa lata po trzęsieniu ziemi w ramach projektu „Microdis-L’Aquila” przebadano 15 tys. mieszkańców stolicy Abruzji. Na koniec powstał raport, przygotowany przez zespół pod kierunkiem  brytyjskiego specjalisty od katastrof prof. Davida Alexandra.

Raport uwzględniał nie tylko sytuację bytową , koncentrował się także na aspektach psycho-społecznych. Wskazywał między innymi, że:
- 43% badanych (w tym 66% kobiet) cierpi na zespół stresu pourazowego.
 -45% na skutek trzęsienia ziemi straciło pracę i nie  znalazło jej na nowo. 46% deklaruje spadek dochodów,
-68% przebadanych chce jak najszybciej wyprowadzić się z zajmowanych aktualnie(tymczasowo) lokali,  w 35% osiedli mieszkalnych panują niezadowalające  warunki sanitarne.

Stwierdzono także, że prace rekonstrukcyjne posuwają się do przodu w bardzo powolnym tempie, a władze nie zwracają należytej uwagi  na sytuację społeczną poszkodowanych.

Zaglądałam:

piątek, 6 lipca 2012

Brzydota. 29ta i okolice

W ramach społecznego pospolitego ruszenia pod hasłem Otwarte Zabytki wybrałam się na rowerowy rekonesans wybranych obiektów w okolicy. Otwarte Zabytki to ciekawy projekt cyfrowo-internetowy, który uświadamia tym, którzy gotowi są w niego zaangażować, na jakie zabytkowe perły mogą się natknąć w okolicy. Pojechałam obejrzeć i obfotografować kilka znanych miejsc, ale też niefotografowane wcześniej – na Prądniku Czerwonym. Potem przejechałam się 29tą w stronę Rakowickiej, usiłując z drugiej strony ruchliwej arterii zrobić zdjęcie rogatce warszawskiej, co się niestety nie udało. Trzeba przyjść skoro świt, najlepiej w niedzielę, wtedy będzie mniejszy ruch. Zmierzając w stronę ronda mogilskiego zahaczyłam o zapomniany rewir, przytulony do cmentarza Rakowickiego: ul. Kątną i Żelazną. Miejsca zbliżone klimatem do tych po drugiej stronie arterii, położonych w okolicach ul. Kamiennej (Towarowa, Będzińska - nazywam je międzykolejowymi), niestety jeszcze bardziej zdegradowany. Zdezelowane pustostany, kamienice (gminne?) popadające w ruinę. Pozbawione framug oraz szyb, ale przede wszystkim mieszkańców. Smutny widok. W kierunku Rakowickiej jedzie się przez dziki parking, położony za rewitalizowanym Muzeum Armii Krajowej (ze strony wynika, że działa, choć wygląda zawsze, jak zabite na głucho). Zaraz obok buduje się grodzone osiedle, w miejscu którego miał się znaleźć teren zielony, otwarty dla mieszkańców. Niestety, przed sprzedażą gruntu inwestorowi, miasto nie zadbało, żeby zabezpieczyć teren przed planowaną zabudową (a przecież nie tak trudno zgadnąć, jakie plany mógł snuć inwestor). Wygląda na to, że Kraków poza II obwodnicą (a przynajmniej droga z Prądnika, którą dziś przebyłam) to mieszanka brzydoty architektonicznej i estetycznej. Galimatias miejsko-wiejski (jak przy 29tej czy Dobrego Pasterza). Na tyłach chylących się ku upadkowi murowanych albo drewnianych chałup znajdują się zazwyczaj dzikie wysypiska i szalety. Pewnie tylko nieuregulowane kwestie własności powodują, że póki co nikt tu niczego nie buduje. Przyjaznej, ogólnodostępnej przestrzeni jest jak na lekarstwo. Nie dalej jak wczoraj widziałam powstające zaraz koło pętli przy Krowodrzy Górce osiedle, gdzie i dziś jest bardzo ciasno. Zabawne, jak nazywają się te wszystkie nowe, ciasno upchane osiedla. Nazwy przywodzą na myśl jakieś mityczne eldorado: Magiczne Wzgórze, Ukryte Pragnienia i tak dalej. Im mniej miejsca i gęściej zabudowana okolica, tym bardziej pretensjonalne, pseudoromantyczne nazwy.
Kościół bractwa św. Piusa, ul. Kątowa


ul. Dobrego Pasterza 7, widok od frontu

I od tyłu

poniedziałek, 2 lipca 2012

Subiektywnie po Bolonii

Lada moment rozpoczyna się mój Grand Tour po Italii, stąd zebrało mi się na wspominki z wiosennej wyprawy po Emilii Romanii (i kawałku Veneto). Do dyspozycji mieliśmy kolej regionalną, czasu i środków w sam raz, żeby dotrzeć do miejsc, położonych właśnie na linii kolejowej.
Standardowo zaczęliśmy od Bolonii. Niezmiennie oszałamiająco działa na mnie świadomość , że boloński  uniwersytet jest najstarszy na świecie (1088r.), a współcześni studenci mają możliwość uczęszczania na zajęcia, odbywające się w urokliwych palazzi.
Po raz kolejny upewniłam się jednak, że nie przepadam za tym miastem, mimo jego świetnej przeszłości.
Podcienia bolońskie. Fot. Wojciech Płuciennik
Serce dzielnicy uniwersyteckiej sprawia dość ponure wrażenie. Być może chodzi o kontrast między zalanymi słońcem ulicami a ponurymi podcieniami zabytkowych kamienic, a może  to kwestia walających się tu i ówdzie śmieci albo grupek ludzi z czworonogami, pędzących czas na ulicy, o wyglądzie zamroczonym środkami odurzającymi.  Pijąc kawę na centralnym placyku, w ogródku sympatycznej skądinąd studenckiej kawiarni , chcąc nie chcąc staliśmy się świadkami nalotu w wykonaniu patrolu policyjnego, który miał za zadanie wykryć, czy przypadkiem nikt z owego towarzystwa nie ma w kieszeni niedozwolonych substancji.
Jest jednak w Bolonii kilka miejsc, które robią wrażenie. 
Jednym z nich jest Piazza Maggiore, a na niej monumentalna, gotycka Bazylika św. Petroniusza (Basilica San Petronio). Centralny portal kościoła (tzw. Porta Magna), przypisywany dłutu Jacopo della Querci  przedstawia sceny ze Starego Testamentu (stworzenie Adama i Ewy, zabicie Abla itd.). Ambitny plan jednego z pierwszych budowniczych Arduina Arriguzzi zakładał, że bazylika swoimi gabarytami (224m x 150 - sic!) prześcignie bazyliki rzymskie. Faktycznie robi wrażenie przestronnej, choć bardziej z perspektywy wewnętrznej niż gdyby patrzeć na fasadę. Nie udało się jednak zrealizować pierwotnego planu. Papieżowi Piusowi IV, który w 1524r. zdobył miasto, ewidentnie nie z smak była rywalizacja z bazyliką św. Piotra w Rzymie.  Zamiast planowanej przebudowy kościoła papież zdecydował się na sfinansowanie budowy przybytku uniweryteckiego -  Archigimnazjum, które wzniesiono koniec końców w miejscu planowanego lewego transeptu bazyliki. Bazylika jest podobno czwartym co do wielkości kościołem Italii, po rzymskich bazylikach właśnie. 
W Archigimnazjum obejrzeć można Teatr Anatomiczny, czyli specjalistyczną salę do studiów anatomicznych. Podobny (choć dużo późniejszy, bo XIXwieczny) teatr znajduje się w Krakowie, w Collegium Medicum. Nie wiem, czy zwykły śmiertelnik ma tam wstęp; warto o nim wspomnieć , bo działa przy nim małe muzeum z ciekawym zbiorem eksponatów (niektóre skompletowane zostały przez założyciela  - prof. Teichmanna).
Salę teatru bolońskiego w całości obito drewnem jodłowym. Baldachim nad katedrą profesorską podtrzymują dwaj odarci ze skóry panowie, nieco upiorni gli spellati.  Wnętrze odtworzono wiernie w każdym szczególe po tym jak spłonął od amerykańskiej bomby w 1944r.
Bardzo przypadł nam do gustu kompleks Santo Stefano. Osobiście najbardziej fascynujące wydają mi się miejsca najstarsze, których jest we Włoszech obfitość (lub nawet nadmiar). Na tym właśnie polega kulturowa potęga Italii, która zapiera dech w piersiach na każdym kroku. Byle kościół przy byle bocznej uliczce pochodzi z VIIIw., jak w Ferrarze. Byle kamień czy cegła ma rodowód średniowieczny. W byle kościele w prowincjonalnym mieście wiszą obrazy największych i nikt się temu nie dziwi. W Polsce Caravaggia otoczono by nimbem świętości i kreując na naczelny produkt marketingowy, w Rzymie, czy w Valetcie na Malcie wisi sobie taki spokojnie w byle kościele, często w bocznej kaplicy.
Piazza Santo Stefano. Fot. Wojciech Płuciennik
Średniowieczny dziedziniec Santo Stefano. Fot.Wojciech Płuciennik
Późnoromańskie kapitele

A więc Bazylika Świętego Szczepana (Santo Stefano). Jest to w zasadzie kompleks kilku kościołów, położony przy wdzięcznym placyku o tej samej nazwie. Placyk  jest oddalony od głównych arterii komunikacyjnych, dzięki czemu  leniwa kontemplacja tego miejsca  w promieniach porannego słońca staje się wielką przyjemnością. Serce kompleksu stanowi Bazylika Grobu Świętego, ufundowana według tradycji przez wspomnianego św. Petroniusza (zm. 450r.), biskupa Bolonii, którego szczątki tu spoczywają. Wzniesiono ją na miejscu pogańskiej świątyni, dedykowanej Izydzie. Oktagonalny kształt nawiązuje do pierwowzoru jerozolimskiego. Oprócz bazyliki na kompleks składa się kilka bardzo interesujących obiektów: kościół Ukrzyżowania(del Crocifisso) z VIIIw., przykład wpływów longobardzkich, kościół śś. Wita i Agrykoli (z sarkofagiem męczenników) oraz dwa urokliwe dziedzińce. Pierwszy zwie się dziedzińcem Piłata, drugi  - dwupoziomowy zachwyca kolumnadą wyższego piętra. Romańsko – gotyckie kolumny zaopatrzone są w niezwykłe, antropomorficzne kapitele, którymi podobno inspirował się Dante (ale może jest to tylko legenda miejska).

Boska Komedia, pieśń XX, w. 10-17 w przekładzie E. Porębowicza.
„A gdy tak śledzę cieniów korowody,
Widzę u wszystkich szyje przekręcone
W miejscu, gdzie kadłub odbiega od brody.
 Twarz odwróciły od piersi i w stronę
Oczom przeciwną szły pomimo chęci,
Mając z oczyma stopy powaśnione.
Może gdy kogo paraliż wykręci,
To go zamienia w takiego kalekę”

Kompleks wyposażony jest w zapyziały sklepik z dewocjonaliami, w którym sprzedaje starszy pan. Pan mówi dużo i głośno i kompletnie nie zraża się (a może nie ma świadomości), że większość  jego rozmówców nie rozumie po włosku.
Na pewno jest więcej miejsc, do których warto zajrzeć w Bolonii. Jak choćby muzea: Pinacoteca Nazionale czy muzeum sztuki nowoczesnej MAMbo. Warto wspiąć się na jedną z dwóch średniowiecznych wież mieszkalnych: Torre Asinelli  albo Torre Garisenda - tę drugą także wspomina  Dante.  W XVI w. wież było ponad sto i stanowiły o potędze miasta.  Studencki przesąd głosi, że na wieżę można się udać dopiero z dyplomem w ręku. 
Due Torri. Fot. Wojciech Płuciennik
Na koniec wspomnę jeszcze o  bibliotece Salaborsa, zlokalizowanej zaraz obok magistratu, na Piazza Maggiore.  W miejscu biblioteki, przez niemal dwieście lat (od połowy XVIw.) mieścił się ogród botaniczny. Dziś jest to sympatyczne miejsce, gdzie można wejść na chwilę z ulicy (nawet bez legitymacji), posiedzieć w przestronnym atrium, odpocząć czy poczytać.
Biblioteca Salaborsa. Fot. Wojciech Płuciennik
Nie wszyscy wiedzą, że w Bolonii można przez chwilę poczuć się, jak w Wenecji, za sprawą przebiegającego przez centrum kanału - Canale delle Moline.