Nie było mnie tu długo, bardzo długo.
podróżuję w głąb siebie
w czytane zbyt wolno książki
w zmęczenie
w nieliczne momenty, kiedy napawam się byciem sam na sam
w rzadko nieśpiesznie wypijaną kawę
w ciągły niedoczas i niedospanie
w uśmiech nowego towarzysza podróży
w tęsknotę za nim, kiedy na chwilę odchodzę daleko:)
a podróży po świecie niewiele,
wszystko ciągle przed nami!
"Wenn Du reisen willst, mußt Du die Geschichte dieses Landes kennen und lieben".
piątek, 17 października 2014
niedziela, 13 października 2013
Rzepin
Senne miasteczko w sercu Puszczy Rzepińskiej. Przed wojną
Reppen, potem Rypin Lubuski. W średniowieczu biegł tędy szlak pielgrzymkowy do
Santiago. Tablica przy kościele informuje, że jest „prężnie rozwijającym
się miastem”, nie sprawia jednak takiego wrażenia.
Koło szkoły plac zabaw i modelowy „Orlik” z nowoczesną
bieżnią i kortem tenisowym. Kiedy jesienią czterdziestego piątego wyniosła się stąd
Armia Czerwona, z boiska ekshumowano ciała poległych żołnierzy radzieckich. Teraz spoczywają naprzeciwko szkoły na
cmentarzu, jakich wiele na tych terenach.
Niezabudowana parcela obok z tablicą „na sprzedaż” wionie
rezygnacją. Kiedyś, przed wojną
coś tu z pewnością stało. Ulica o egzotycznej nazwie „Bohaterów
Radzieckich”, krzyżuje się z "Walki Młodych". Nikt nie pokusił się o zmianę nazwy, choćby przez żywą ciągle pamięć o niechlubnych czynach Armii Czerwonej.
Przechodzę obok przedszkola (po wojnie gdzieś tu stał lokomobil wytwarzający prąd) w kierunku malowniczej rzeczki Ilanki. Z mostka widać obudowane drewnianymi
szopami tyły murowanych kamienic, przydomowe ogródki i ogólny wschodnioeuropejski
rozgardiasz. Gdyby nie wieża ewangelickiego dawniej kościoła zamiast cerkiewnej bani, można by pomyśleć że jest się w Witebsku albo na Ukrainie. Od
frontu miasto (tak wygląda na przedwojennych pocztówkach – eleganckie,
paradne), od tyłu biegają kury i kaczki. Od tyłu szutrowe drogi, te same od lat, od frontu asfalt poprzetykany kocimi łbami. Przed szkołą stare
lipy, kasztany, platany układają się w piękną aleję.
Miasto „zdobyte” przez Armię Czerwoną w lutym czterdziestego
piątego, rządzone było na przez pół roku przez radzieckiego komendanta.
Mieszkańcy wspominają, że nocami żołnierze palili poniemieckie mienie, rabowali
bydło, zdarzały się gwałty i morderstwa. To, co niemieckie trzeba było spalić,
zniszczyć, zrównać z ziemią. Zniszczono w sześćdziesięciu, nawet osiemdziesięciu
procentach (różnie podają różne źródła). Reszty dokonali szabrownicy, ściągający na ziemie odzyskane jak ćmy
do ognia.
Osiedleńcy przyjeżdżali głównie zza
Buga i zza Sanu, potem z Wielkopolski.
Próbuję sobie wyobrazić, jak tu było kiedyś. Próbuję zgadnąć, które budynki pochodzą z sprzed wojny. Wiele przedwojennych willi stoi przy alei prowadzącej do dworca. Na drugim planie bloki -pudełka, pomiędzy nimi przydomowe ogródki, jakieś budy i przybudówki. Przed wojną była tu cegielnia kilka tartaków, fabryczka naczyń
emaliowanych i guzików. Teraz: izba celna, fabryka mebli, mleczarnia. Wokół lasy - serce Puszczy Rzepińskiej.
Na cmentarzu znajduję jedyny ocalały nagrobek niemiecki.
![]() |
| Ulica Kościuszki z wieżą kościoła |
![]() |
| Aleja platanowa przed szkołą |
![]() |
| Ulica Kościuszki |
![]() |
| Droga na Drzeńsko |
![]() |
| Drzeńsko |
![]() |
| Tablica na kościele upamiętniająca przedwojennych mieszkańców |
![]() |
| Nagrobek niemiecki na cmentarzu
P.S. Polecam książki Wiesława Kołoszy o Rzepinie
|
piątek, 2 listopada 2012
Żydowska Warszawa, lato 1939 r.
I znów dzięki inspiracji Cafe Bodo II, odkryłam wspaniały, kolorowy film o żydowskiej Warszawie, nakręcony tuż przed wybuchem wojny przez Benjamina Gasula. Nakręcony na taśmie 16 mm, został przekazany przez spadkobierców Gusula do archiwum Stevena Spielberga (United States Holocaust Memorial Museum). Film jest w doskonałym stanie, w 2010 r. został poddany renowacji.
Dr Benjamin M. Gasul (1898-1962), urodzony w Rosji (a konkretnie na Łotwie), wyjechał
z niej do USA w wieku szesnastu lat. Osiedlił
się w Kenosha. Ukończył studia medyczne w Chicago, następnie kontynuował naukę w
Wiedniu, gdzie poznał swoją późniejszą żonę, śpiewaczkę operową Lalę Rosenzweig. Do 1945 r. pracował jako pediatra,
następnie specjalizował się w kardiologii dziecięcej. Pracował w Cook County
Hospital w Chicago.
W 1939r. został zaproszony przez lekarzy rosyjskich, aby
wygłosić odczyt naukowy, wtedy też w towarzystwie żony odbył podróż po Europie,
podczas której nakręcił m. in. film o żydowskiej Warszawie.
W archiwum znajdują się także inne filmy Gasula, przedstawiające np. paradę na cześć Marszałka Piłsudskiego, pl. Piłsudskiego w Warszawie, czy widoki Paryża.
poniedziałek, 22 października 2012
Dźwięk Ludzi. Dźwięk L'Aquili
Pisałam jakiś czas temu o przygnębiającym obrazie L'Aquili - mieście, które nie podniosło się z gruzów po trzęsieniu ziemi, jakie je nawiedziło ponad 3 lata temu.
Dziś znalazłam informację o projekcie "Dźwięk ludzi" mediolańskiej Artystki Anny Dusi. Performerka w zamkniętej (tzw. "czerwonej", czyli opuszczonej po 6 kwietnia) strefie miasta, zainstalowała głośniki, z których płyną dźwięki kojarzące się nieodparcie z życiem codziennym - szczęk sztućców, śmiechy bawiących się dzieci, szczekanie psa, rozmowy międzysąsiedzkie, dźwięk zatrzaskiwanego okna, kroki przechodniów.
"Ożywić dźwięki zapomnianej ulicy, jak gdyby był normalny dzień, dzięki czemu widz, przywoła w pamięci dźwięki codzienności, która zniknęła. Przywoła z nadzieją, że któregoś dnia pojawią się znowu.
Projekt "jest hołdem dla mieszkańców miasta, hołdem dla drogich im miejsc, w oczekiwaniu na odrodzenie. Jest także bodźcem, żeby iść naprzód. Jest sposobem na podpatrywanie nas samych i próbą znalezienia odpowiedzi na pytania: kim jesteśmy, skąd pochodzimy i jak żyć w miejscu, które doświadczyło tak głębokiego zranienia.
Poezja dźwięków, które trzeba pamiętać, bo tylko dzięki pamięci możemy dokonywać zmiany".
Instalacja dźwiękowa była prezentowana w dniach 2-7 września, codziennie od 17.00 do 24.00, na ulicach: via Bominaco, via Accursio oraz via Tempera.
Dziś znalazłam informację o projekcie "Dźwięk ludzi" mediolańskiej Artystki Anny Dusi. Performerka w zamkniętej (tzw. "czerwonej", czyli opuszczonej po 6 kwietnia) strefie miasta, zainstalowała głośniki, z których płyną dźwięki kojarzące się nieodparcie z życiem codziennym - szczęk sztućców, śmiechy bawiących się dzieci, szczekanie psa, rozmowy międzysąsiedzkie, dźwięk zatrzaskiwanego okna, kroki przechodniów.
"Ożywić dźwięki zapomnianej ulicy, jak gdyby był normalny dzień, dzięki czemu widz, przywoła w pamięci dźwięki codzienności, która zniknęła. Przywoła z nadzieją, że któregoś dnia pojawią się znowu.
Projekt "jest hołdem dla mieszkańców miasta, hołdem dla drogich im miejsc, w oczekiwaniu na odrodzenie. Jest także bodźcem, żeby iść naprzód. Jest sposobem na podpatrywanie nas samych i próbą znalezienia odpowiedzi na pytania: kim jesteśmy, skąd pochodzimy i jak żyć w miejscu, które doświadczyło tak głębokiego zranienia.
Poezja dźwięków, które trzeba pamiętać, bo tylko dzięki pamięci możemy dokonywać zmiany".
Instalacja dźwiękowa była prezentowana w dniach 2-7 września, codziennie od 17.00 do 24.00, na ulicach: via Bominaco, via Accursio oraz via Tempera.
wtorek, 2 października 2012
Świat, którego nie ma
Dzięki inspiracji Cafe Bodo II RP, za sprawą filmu "Judeł gra na skrzypcach" (1936r.) dowiedziałam się o istnieniu silnego ośrodka kina jidysz w przedwojennej Polsce. Wyprodukowano wtedy kilkanaście filmów pełnometrażowych w tym języku.
Pomijając retorykę, typową dla produkcji tego czasu (płytka, bajkowa fabuła, nadekspresyjna gra aktorów), film wart jest poświęcenia chwili uwagi. Przede wszystkim ze względu na język, którym przed wojną posługiwała się na co dzień rzesza Polaków wyznania mojżeszowego.
Szkoda trochę, że lektor skutecznie zagłusza jego melodyjność (żałuję po cichu, że nie znam na tyle jidysz, aby rozumieć niuanse). Pozostaje wsłuchać się w zacną muzykę, skomponowaną przez Abrahama Ellsteina, który sięgnął oczywiście do tradycji klezmerskiej. Pozostaje pooglądać filmowe plenery, przedstawiające Kazimierz nad Wisłą, pokontemplować sceny rodzajowe (jak ta, przedstawiająca żydowskie wesele).
Pełna uroku jest postać Ajzyka Kałamutkera, kreowana przez Maksa Bożyka (który, nota bene, przeżył zagładę).
W mojej głowie uparcie powstaje gdybanie: jak wyglądało by dzisiejsze życie nas wszystkich, gdyby żydowska część Polski nie została tak bestialsko amputowana.
Dobrze, że zostały takie filmy. Że można sobie pomarzyć, pofantazjować, powyobrażać świat, którego już nie ma.
"Judel gra na skrzypcach" (1936), reż. Jan Nowina-Przybylski, Józef Green
Pomijając retorykę, typową dla produkcji tego czasu (płytka, bajkowa fabuła, nadekspresyjna gra aktorów), film wart jest poświęcenia chwili uwagi. Przede wszystkim ze względu na język, którym przed wojną posługiwała się na co dzień rzesza Polaków wyznania mojżeszowego.
Szkoda trochę, że lektor skutecznie zagłusza jego melodyjność (żałuję po cichu, że nie znam na tyle jidysz, aby rozumieć niuanse). Pozostaje wsłuchać się w zacną muzykę, skomponowaną przez Abrahama Ellsteina, który sięgnął oczywiście do tradycji klezmerskiej. Pozostaje pooglądać filmowe plenery, przedstawiające Kazimierz nad Wisłą, pokontemplować sceny rodzajowe (jak ta, przedstawiająca żydowskie wesele).
Pełna uroku jest postać Ajzyka Kałamutkera, kreowana przez Maksa Bożyka (który, nota bene, przeżył zagładę).
W mojej głowie uparcie powstaje gdybanie: jak wyglądało by dzisiejsze życie nas wszystkich, gdyby żydowska część Polski nie została tak bestialsko amputowana.
Dobrze, że zostały takie filmy. Że można sobie pomarzyć, pofantazjować, powyobrażać świat, którego już nie ma.
"Judel gra na skrzypcach" (1936), reż. Jan Nowina-Przybylski, Józef Green
piątek, 24 sierpnia 2012
Umarłe miasto
Zaczęło się od błędu systemu nawigacji. Późnym wieczorem szukaliśmy hotelu w L’Aquili. Nazwa ulicy sugeruje zielone otoczenie, GPS pokazuje, że mamy
tylko 300 m do celu, a my nagle znaleźliśmy się w środku niczego, pomiędzy walącymi się
domami. Właśnie wjechaliśmy w stertę gruzu, z obu stron chłoszczą nas wyrośnięte zielska. Wokół
ciemno, latarnie nie działają, nad głowami światło księżyca, nie wiadomo, czy
damy radę wyjechać z uliczki, w której zdaje się, ugrzęźliśmy. Bez sensu pchać się dalej,
a potem wycofywać się po ciemku. I naraz
olśnienie – nawet jeśli nie jesteśmy w L’Aquili (bo niemożliwe przecież, że
przy tej ulicy jest jakiś zamieszkały dom!), musimy być gdzieś w pobliżu. A
kupa gruzu w środku księżycowego krajobrazu to przecież pozostałość po trzęsieniu
ziemi. Za nic nie mogę sobie przypomnieć, jak dawno
się to zdarzyło.
Wydobywamy się jakoś z ciasnej uliczki,a następnie szukamy wyjazdu na właściwą L’Acquilę. Po drodze
mijamy rzęsiście oświetlone nowe
osiedle, błądzimy, ale jak na złość nigdzie nie ma żywego ducha, żeby się upewnić, czy zmierzamy we
właściwym kierunku.
Jedziemy. Nawigacja się przeprogramowała, jest szansa
na dotarcie do celu, w końcu adres jest właściwy.
Przyjechaliśmy do Abruzji tropem romańskich katedr. Obejrzeć l’Aquilę - miasto cesarza Fryderyka II, wzniesione na planie w kształcie orła Hohenstaufów, stąd w końcu pochodzi nazwa. Dwoje ignorantów, którym nie przyszło nawet do głowy, jak tu wszystko może wyglądać.
Nazajutrz odkryjemy, że większość zabytków (ba, większość budynków) została poważnie uszkodzona i nie można wejść do środka.
Przyjechaliśmy do Abruzji tropem romańskich katedr. Obejrzeć l’Aquilę - miasto cesarza Fryderyka II, wzniesione na planie w kształcie orła Hohenstaufów, stąd w końcu pochodzi nazwa. Dwoje ignorantów, którym nie przyszło nawet do głowy, jak tu wszystko może wyglądać.
Nazajutrz odkryjemy, że większość zabytków (ba, większość budynków) została poważnie uszkodzona i nie można wejść do środka.
W końcu odnajdujemy hotel. W środku pustawo, w telewizji
nasi siatkarze grają właśnie mecz z
Włochami. Jest 29 lipca. Sympatyczna recepcjonistka informuje nas, że za postój
się nie płaci - parkomaty nie działają „od trzęsienia ziemi” (jutro przekonamy się, tak tu się dzieli
czas, na epokę „przed” i epokę „po”). Czyli po 6 kwietnia 2009r.
Następnego dnia naocznie doświadczamy ogromu zniszczeń. Centrum historyczne jest praktycznie w całości zamknięte.
Opuszczone domy zostały ostemplowane i zabezpieczone przed zawaleniem, ogromny,
ogrodzony rewir w sercu miasta pilnowany jest przez patrole wojska i policji. Działają pojedyncze, dopuszczone przez nadzór
budowlany sklepy i knajpy. W nielicznych miejscach można zauważyć , że coś
się faktycznie remontuje, głównie dotyczy to budynków użyteczności publicznej. Na
długiej liście zniszczonych obiektów zabytkowych jest między innymi katedra.
XIII wieczna bazylika Santa Maria di Collemaggio, która jest celem naszego
przyjazdu została uprzątnięta i zabezpieczona
stemplami i rusztowaniami.
![]() |
| Katedra. Zamknięta na 4 spusty. Po prawej, na namiocie hasło, które przewija się w całym mieście "odbudowujemy l'Aquilę". Tyle, że tej odbudowy nie widać. |
![]() |
Drugie pomieszczenie od prawej na 1. kondygnacji to łazienka. Na półce pod lustrem widać stojące tam do dziś kosmetyki.
|
![]() |
| Casa dello studente. 6 kwietnia ośmioro studentów straciło życie pod gruzami akademika |
![]() |
| Plac 6 kwietnia znajduje się naprzeciwko akademika |
*Trzęsienie ziemi w Abruzji miało miejsce 6 kwietnia o godz. 3.32
Pochłonęło 308 ofiar. Rannych zostało 1500 osób, w tym 202 ciężko.
Wstrząs trwał 25 sek.
60 tys. osób straciło dach nad głową.
Zniszczonych zostało 16 miejscowości w prowincji L’Aquila (ucierpiały także
inne regiony: Lazio, Marche i Umbria).
W niecałe dwa lata po trzęsieniu ziemi w ramach projektu „Microdis-L’Aquila”
przebadano 15 tys. mieszkańców stolicy Abruzji. Na koniec powstał raport, przygotowany
przez zespół pod kierunkiem brytyjskiego
specjalisty od katastrof prof. Davida Alexandra.
Raport uwzględniał nie tylko sytuację bytową , koncentrował się także
na aspektach psycho-społecznych. Wskazywał między innymi, że:
- 43% badanych (w tym 66% kobiet) cierpi na zespół stresu pourazowego.
-45% na skutek trzęsienia ziemi
straciło pracę i nie znalazło jej na nowo.
46% deklaruje spadek dochodów,
-68% przebadanych chce jak najszybciej wyprowadzić się z zajmowanych aktualnie(tymczasowo)
lokali, w 35% osiedli mieszkalnych panują
niezadowalające warunki sanitarne.
Stwierdzono także, że prace rekonstrukcyjne posuwają się do przodu w
bardzo powolnym tempie, a władze nie zwracają należytej uwagi na sytuację społeczną poszkodowanych.
Zaglądałam:
piątek, 6 lipca 2012
Brzydota. 29ta i okolice
W ramach społecznego pospolitego ruszenia pod hasłem Otwarte Zabytki wybrałam się na rowerowy rekonesans wybranych obiektów w okolicy. Otwarte Zabytki to ciekawy projekt cyfrowo-internetowy, który uświadamia tym, którzy gotowi są w niego zaangażować, na jakie zabytkowe perły mogą się natknąć w okolicy. Pojechałam obejrzeć i obfotografować kilka znanych miejsc, ale też niefotografowane wcześniej – na Prądniku Czerwonym. Potem przejechałam się 29tą w stronę Rakowickiej, usiłując z drugiej strony ruchliwej arterii zrobić zdjęcie rogatce warszawskiej, co się niestety nie udało. Trzeba przyjść skoro świt, najlepiej w niedzielę, wtedy będzie mniejszy ruch. Zmierzając w stronę ronda mogilskiego zahaczyłam o zapomniany rewir, przytulony do cmentarza Rakowickiego: ul. Kątną i Żelazną. Miejsca zbliżone klimatem do tych po drugiej stronie arterii, położonych w okolicach ul. Kamiennej (Towarowa, Będzińska - nazywam je międzykolejowymi), niestety jeszcze bardziej zdegradowany. Zdezelowane pustostany, kamienice (gminne?) popadające w ruinę. Pozbawione framug oraz szyb, ale przede wszystkim mieszkańców. Smutny widok. W kierunku Rakowickiej jedzie się przez dziki parking, położony za rewitalizowanym Muzeum Armii Krajowej (ze strony wynika, że działa, choć wygląda zawsze, jak zabite na głucho). Zaraz obok buduje się grodzone osiedle, w miejscu którego miał się znaleźć teren zielony, otwarty dla mieszkańców. Niestety, przed sprzedażą gruntu inwestorowi, miasto nie zadbało, żeby zabezpieczyć teren przed planowaną zabudową (a przecież nie tak trudno zgadnąć, jakie plany mógł snuć inwestor). Wygląda na to, że Kraków poza II obwodnicą (a przynajmniej droga z Prądnika, którą dziś przebyłam) to mieszanka brzydoty architektonicznej i estetycznej. Galimatias miejsko-wiejski (jak przy 29tej czy Dobrego Pasterza). Na tyłach chylących się ku upadkowi murowanych albo drewnianych chałup znajdują się zazwyczaj dzikie wysypiska i szalety. Pewnie tylko nieuregulowane kwestie własności powodują, że póki co nikt tu niczego nie buduje. Przyjaznej, ogólnodostępnej przestrzeni jest jak na lekarstwo. Nie dalej jak wczoraj widziałam powstające zaraz koło pętli przy Krowodrzy Górce osiedle, gdzie i dziś jest bardzo ciasno. Zabawne, jak nazywają się te wszystkie nowe, ciasno upchane osiedla. Nazwy przywodzą na myśl jakieś mityczne eldorado: Magiczne Wzgórze, Ukryte Pragnienia i tak dalej. Im mniej miejsca i gęściej zabudowana okolica, tym bardziej pretensjonalne, pseudoromantyczne nazwy.
![]() |
| Kościół bractwa św. Piusa, ul. Kątowa |
![]() |
| ul. Dobrego Pasterza 7, widok od frontu |
![]() |
| I od tyłu |
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























